W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji o wykorzystaniu plików cookies znajdą Państwo na stronie z regulaminem. zamknij

Turecki bazar

13 marca 2016

Wbrew dyplomatycznym enuncjacjom ostatni szczyt Unia Europejska - Turcja w Brukseli zakończył się spektakularną porażką Unii Europejskiej, która daje się Turcji wodzić za nos. Choć przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk próbuje zaklinać rzeczywistość słowami "dni nielegalnej emigracji do Europy dobiegły końca", a szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker twierdzi, że szczyt zakończył się sukcesem, mówiąc "to prawdziwa rewolucja", Unia Europejska poległa - mówiłem tak w swoim wystąpieniu na forum Parlamentu Europejskiego. W trakcie tej debaty przedstawicielka prezydencji holenderskiej tonowała nastroje twierdząc, że "za wcześnie, aby powiedzieć, czy to jest sukces", a przewodniczący liberałów Guy Verhofstadt, zwracając się do prezydencji, mówił "poproście pana Tuska, aby zmienił to porozumienie".  Trzeba zaznaczyć, że w dalszych komentarzach Tusk używał łagodniejszej retoryki, że to jeszcze nie porozumienie, a dopiero plany, które "mogą przynieść przełom w walce z kryzysem migracyjnym". Słowem, Unia niczego nie jest pewna, prosi Turcję, a ta mamiąc unijnych przywódców podbija stawkę. Ostatni szczyt okazał się więc zwykłym tureckim bazarem, gdzie handlowano miliardami euro, polityką migracyjną, wizową oraz członkostwem w Unii.

Finalnie Turcja uzyskuje, co chce, a Unia przyparta do muru musi się zgodzić. Jeszcze nie na tym posiedzeniu, może za kilka dni, co oznacza, że nie osiągnięto porozumienia. Niewykluczone, że konieczne będą kolejne szczyty. Turcja gra bardzo sprytnie. Wcześniej kurtuazyjnie przyjęła szefa Rady Donalda Tuska, którego, jak wynika z dalszego biegu wydarzeń, nie poinformowała o najważniejszych celach negocjacyjnych. Uczynił to dopiero premier Turcji Ahmet Davutoğlu w Brukseli w noc poprzedzającą szczyt UE-Turcja, wyjawiając szczegóły kanclerz Niemiec Angeli Merkel i premierowi Holandii Markowi Rutte. Za obietnicę zatrzymania uchodźców na swoim terytorium, a uciekających do Grecji przyjmowania ponownie, Turcja zażądała dodatkowych 3 miliardów euro pod warunkiem, że za każdego deportowanego Europa przyjmie jednego syryjskiego uchodźcę. Gdyby nie chodziło o żywych ludzi, to można by przytoczyć znane przysłowie "zamienił stryjek siekierkę na kijek".  Przypomnę, że już wcześniej trzy miliardy na ten cel zostały jej obiecane, ale jak widać targ się opłacił. To wiadomości oficjalne.

Nieoficjalnie według różnych źródeł agencyjnych mówiono nawet o dwudziestomiliardowej pomocy dla Turcji.  Zważywszy, że dotychczas Turcja mimo wcześniejszych deklaracji i zawartego porozumienia pozwala na przepływ emigrantów, a w minionym tygodniu w PE jeden z europosłów nazwał Turcję wielkim przemytnikiem, trudno oczekiwać pieczołowitego wypełniania porozumień. Unia Europejska znalazła się jednak pod ścianą i nie może wybrzydzać i, jak ujął to turecki premier w wypowiedzi dla mediów, "to jasne, że Turcja jest Europie niezbędna".  To prawda. Tylko w ubiegłym roku wskutek niefortunnego zaproszenia kanclerz Niemiec Angeli Merkel do Europy przybyło ponad milion imigrantów. Wywołało to ogromne komplikacje tak, że bez interwencji Turcji może dojść do rozpadu strefy Schengen. Zdaniem wielu komentatorów fiasko negocjacji z Turcją oznacza przekreślenie nadziei Tuska na drugą kadencję jako szefa Rady Europejskiej. Za błędy w polityce migracyjnej może także zapłacić stanowiskiem kanclerskim Angela Merkel.  Już teraz na tym tle w całej Europie rosną w siłę ruchy antyimigranckie, które mogą doprowadzić do rozmontowania całego projektu zwanego "Unia Europejska".  Dlatego, choć w minionym tygodniu nie zawarto finalnego porozumienia, to wielu przywódców, zanurzonych w oparach myślenia życzeniowego, jak mawiają Anglicy "wishful thinking", nazywają ostatnie spotkanie "wielkim krokiem na drodze opracowania zasad normalnej imigracji" - to kanclerz Merkel. David Cameron mówił natomiast o "historycznym przełomie". Również Tusk "ogłosił przełom w rozwiązywaniu problemu uchodźców". A Turcja tak podbijała żądania, że szczyt przerwano. Przywódcy Unii potrzebowali czasu refleksji na przeanalizowanie nowej sytuacji.

Pieniądze, których żąda Turcja, są ogromne, ale nie są jednak najważniejsze. Turcja domaga się bowiem liberalizacji przepisów wizowych dla swoich obywateli, co w praktyce może oznaczać zastąpienie fali syryjskich uchodźców zmierzających do Europy falą tureckich i kurdyjskich emigrantów zarobkowych. Turcja domaga się też przyspieszenia negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. Eskalacja żądań w takim tempie będzie musiała doprowadzić do fiaska, ale w międzyczasie Unia straci miliardy euro, na które złożą się wszystkie państwa członkowskie, a one w pośpiechu zabezpieczają własne interesy.

Premier Węgier Viktor Orbán przed szczytem ogłosił, że nie zgadza się na obowiązkowe kwoty uchodźców lokowanych w krajach Unii Europejskiej. Był też sceptyczny wobec zniesienia wiz dla obywateli Turcji. Powiedział, że jeśli już, to w pierwszej kolejności należałoby znieść wizy dla Ukraińców. Również państwa tzw. szlaku bałkańskiego, jak Słowenia, Chorwacja, Serbia i Macedonia oraz wspierająca je Austria, doprowadziły do uzgodnienia i zapisu, że "nieregularny napływ migrantów szlakiem bałkańskim się zakończył". W praktyce państwa te zamknęły granice. Czujność wykazała też polska premier Beata Szydło wpisując do oficjalnego oświadczenia szefów państw i rządów UE, że uzgodniony "dokument nie ustanawia żadnych nowych zobowiązań dla państw członkowskich w kwestii relokacji i przesiedlenia". Na papierze i Polska uzyskała zabezpieczenie. Ile to wszystko znaczy w praktyce, z pewnością pokażą kolejne szczyty.

prof. Mirosław Piotrowski, europoseł